Wolność i swoboda. Na tym głównie polega moje “wychowywanie” dzieci? Tak naprawdę to staram się unikać słowa “wychowywanie”. Wolę mówić “obserwowanie”, “towarzyszenie”. W zasadzie te dzieciaczki są moimi nauczycielami. Uczą mnie jak być jeszcze bardziej cierpliwym, spokojnym, łagodnym. Uczą mnie czystej dziecięcej logiki, prostoty, prawdy. Czasami pomagam przy karmieniu, albo inaczej, nie przeszkadzam im w jedzeniu. Wychodzę na spacery, obserwuję je z oddali, albo bawimy się wspólnie... Każdy dzień jest inny i niepowtarzalny.
Czasami ktoś pyta mnie, jak sobie radzę, lub czy mógłbym podzielić się swoimi doświadczeniami i wskazówkami odnośnie opieki nad dziećmi. Dzielę się zawsze chętnie.
Z każdym dniem coraz głębiej doświadczam jak ważną rzeczą jest, by dzieciom nie przeszkadzać, gdy są czymś zajęte, gdy coś obserwują, gdy nad czymś myślą. Mówiła o tym Anastazja (bohaterka książek Władimira Megre), Pisał o tym A.S Neill (“Nowe Summerhill”). Wyraźnie doświadczyłem tego że za każdym razem gdy pomagamy im uruchomić jakaś nową zabawkę pozbawiamy ich możliwości odkrycia czegoś samemu. Gdy będziemy ciągle i wytrwale pomagać im i pokazywać dokładnie jak należy dobrze robić to, lub tamto, po pewnym czasie może wdrukować im się podświadomy program mówiący, że my, starsi, rodzice, jesteśmy od nich mądrzejsi, że oni bez nas w niczym nie dadzą sobie rady. TEN PROGRAM może się im dobrze utrwalić i trwać nawet CAŁE ŻYCIE.
Ale czy sami nie uczymy się najwięcej na błędach właśnie? A może wszyscy jesteśmy po to, by powielać jedynie wymyślone już przez kogoś rozwiązania i na tym poprzestać? Czy jakikolwiek naukowiec, geniusz, artysta mógłby coś stworzyć i realizować wizje, gdyby nie pozwolono mu błądzić, eksperymentować, szukać nowych możliwości?
Te chwile “EUREKI” u dziecka są niezapomniane.
- Tato /mamo, zobacz co zrobiłem, zobacz co wymyśliłem, UDAŁO SIĘ! – Lubek czasami tak mówi. A czasami, gdy znajdzie jakieś ciekawe rozwiązanie nie mówi nic – siedzi dalej cicho, myśli, kombinuje, tak jakby szukał czegoś więcej, jakby to, co znalazł /odkrył /wymyśli nie spełniało jeszcze jego oczekiwań.
Obserwowanie dzieci, przyglądanie się im, towarzyszenie im. Tak naprawdę zauważyłem że najważniejszą cechą opiekuna jest wolność od oczekiwań w stosunku do dziecka. Wiem że gdy ja niczego nie oczekuję od dzieciaczków, wówczas cały nasz dzień jest jedną wielką frajdą. Frajdą dla mnie, dla nich, a jeżeli uda mi się ogarnąć nieco mieszkanie zanim żona wróci z pracy, to frajdą dla nas wszystkich.
Kilks dni temu Anastazja wyraźnie nie chciała jeszcze zasnąć. Było już po godzinie 21. Chciała sobie chodzić, i chciała abym chodził razem z nią, trzymając ją za rączkę. Lubek natomiast w tym samym czasie chciał przytulić się do mamy i zasnąć z mamą, i tylko z mamą. Wiem o tym, bo “kazał” mi wyjść z łóżka. Anastazja zaprowadziła mnie do pokoju Kuby i tam wyraźnie zainteresowała się ogryzkiem, który on zostawił na półce. Oglądała go ze wszystkich stron, próbowała jak smakuje, zaczęła go rozgniatać i rozrywać. W pewnym momencie weszła babcia (moja mama), wzięła Anastazję na ręce z zamiarem uśpienia jej w wózku. Nie spodobało się to Anastazji. Rozpłakała się, prężyła, chciała wyjść z wózka. I tu pojawiło się zderzenie dwóch podejść w opiekowaniu się dziećmi.
Dla mnie najważniejsze jest by dziecko robiło to, co chce robić TERAZ i aby samo decydowało co i kiedy chce robić, nawet takie malutkie dziecko. Dla mojej mamy ważniejsze było to, aby Anastazja jak najszybciej poszła spać: “Popłacze trochę i zaśnie – nic się jej przecież nie stanie”. Nie miałem jednak na to wewnętrznej zgody. Przeprosiłem mamę i zaproponowałem że spróbuję uśpić ją po swojemu. Pochodziliśmy jeszcze trochę po mieszkaniu i poszliśmy do łóżka, Anastazja powierciła się trochę, poprzewracała, zaglądnęła tu i tam, po czym przytuliła się i zasnęła. To wszystko trwało 5, a może 10 minut. Nie było przy tym żadnego płaczu.
Dużo wolności, dużo swobody, brak przymusu, wyraźna interwencja tylko i wyłącznie w przypadku zagrożenia zdrowia i życia dziecka (ulica, ogień, gaz, woda, niebezpieczna zabawa…). Na tym polega opiekowanie się dziećmi w myśl procesu samoregulacji. A przynajmniej tak mniej więcej wygląda moja próba stworzenia warunków do samoregulacji na miarę naszych możliwości. Cierpliwość, uwaga, brak oczekiwań wobec zachowań dzieci, otwartość na zaskakujące niespodzianki… No i miłość, przede wszystkim miłość.
O samoregulacji w praktyce obszernie pisał A.S. Neill w swej książce “Nowe Summerhill”. Gdy czytałem tą książkę przed dwoma miesiącami czułem ogromną radość, gdyż moja naturalna intuicja spotkała potwierdzenie w słowach tego wybitnego pedagoga. Polecam tą książkę wszystkim obecnym i przyszłym rodzicom.
Samodzielna zabawa i samodzielne odkrycia
Coraz bardziej jestem pewny tego, że dzieciom nie należy ani pomagać podczas zabawy, ani pokazywać, bądź instruować jak działa dana zabawka lub rzecz i jak *właściwie* jej używać.Pod choinkę Lubomir dostał ciężarówkę z otwieranymi tylnymi drzwiami. On uwielbia samochody. Żona pokazała mu i dokładnie wytłumaczyła, że te drzwi można otwierać i zamykać. Niestety niezbyt łatwo się je otwiera i zamyka. Od tamtej chwili Lubomir za każdym razem, gdy chciał otworzyć te drzwi zwracał się z prośbą do kogoś starszego aby te drzwi dla niego otwierać i zamykać. Nic w tym dziwnego. Nie dość że zostało mu coś pokazane, pokazano mu również, że on sam tego nie jest w stanie zrobić i że potrzebuje do tego pomocy.
A co by się stało gdyby nikt nie „pomógł mu” otworzyć tych drzwi, lub nie pokazał mu, że one tam w ogóle są? Przypuszczam że bawiłby się samodzielnie i nie prosiłby nikogo o pomoc w otwieraniu tych drzwi. To nic że być może przez miesiąc, albo przez rok, lub dwa byłby nieświadomy tego, że tam z tyłu są jakieś otwierane drzwi. Chodzi właśnie o to, aby dziecku pozostawić tą szczególną możliwość SAMODZIELNEGO ODKRYCIA.
Za każdym razem gdy pokazujemy dziecku jak działa ta zabawka i jak należy ją uruchomić zabieramy mu coś niezwykle cennego – możliwość bycia ODKRYWCĄ lub WYNALAZCĄ. Po jakimś czasie dziecko może dojść do wniosku że jesteśmy od niego zdecydowanie bardziej mądrzejsi, że wiemy lepiej, że należy się nas uważnie słuchać… Czy na tym nam zależy? Ja osobiście chciałbym próbować robić takie aranżacje, aby umożliwić moim dzieciom bycie jak najbardziej samodzielnymi odkrywcami.
Kolejny przykład. Kilka dni temu Lubomir układał puzle (takie sześcio-elementowe). Całkiem nieźle sobie z nimi radzi. Szybko i dość bezbłędnie je układa. Po pewnym czasie zawołał do mnie: „Tata pomóż”. Usiadłem przy nim i zacząłem mu pomagać. Od tej chwili Lubomir zamiast samodzielnie układać puzle, zaczął mnie pytać, patrzeć na moja twarz i oczekiwać aż powiem „dobrze /pasuje” lub „źle /nie pasuje”. W zasadzie od tego momentu, to ja próbowałem układać te puzle swoimi instrukcjami, a Lubomir tylko bezmyślnie przykładał je do siebie na różne sposoby i słuchał tego, co powiem. Całkowicie wyłączył własne myślenie i zdał się na mnie.
Zdenerwowałem się trochę z tego powodu – na siebie oczywiście. W zasadzie to sam go tego jakiś czas temu nauczyłem. Teraz wiem że nie chciałbym tak dłużej robić. Chciałbym aby Lubomir i Anastazja bawili się i myśleli jak najbardziej samodzielnie i niezależnie.
Jeśli dalej będę im tak pomagał przy różnych zabawach i zadaniach może zdarzyć się tak, że za parę lat będę dyktował im wypracowania z polskiego i odrabiał za nich prawie wszystkie lekcje…
Zabawki, układanki, puzle są świetne (szczególnie te w stylu ala Montessorri), szczególnie wtedy gdy nie mówi się dzieciom i nie instruuje ich jak one działają, co się z nimi robi i jak należy je układać. Niech dzieci same dokonują odkryć. A dokonują ich naprawdę szybko i często w bardzo zaskakujący sposób.
Dzieci naprawdę wiedzą kiedy mają dojrzeć i dorosnąć do pewnych rzeczy. Nie chcę pomagać im w tym swoimi instrukcjami i oczekiwaniami. Chcę pozwolić im być samodzielnymi, radosnymi, spokojnymi odkrywcami, twórcami, artystami. Niech ich radość i życzliwa zabawa trwa bezustannie.