Strony

czwartek, 27 listopada 2008

Wegetarianizm, weganizm, i co dalej?

Czas płynie, tak jak płynie, pory roku przechodzą z jednej w drugą, i właśnie teraz zegar mego życia wybił ciekawy jubileusz. 16 lat temu, tuż po ukończeniu 16 roku życia postanowiłem zostać wegetarianinem. Jakby nie patrzeć pełna połowa mego życia upłynęła całkowicie pod znakiem owoców, warzyw, ziaren i nabiału.

Jak doszło do tego, że chłopak z małej mazurskiej mieściny, który jadł wszystko, ze wszystkimi, cokolwiek by się na talerzu nie znalazło, nagle mówi: “Nie! Basta! Chcę zostać wegetarianinem!”? W tamtym czasie o gotowaniu wiedziałem niewiele, a w zasięgu ręki nie miałem żadnego wegetariańskiego wzorca. Cała inspiracja do usunięcia z jadłospisu mięsa, ryb i jajek przyszła do mnie od Swamiego Prabhupady, hinduskiego filozofa, którego książki uważnie wówczas czytałem.

Ponieważ wszystko o czym pisał Prabhupada (filozofia, etyka, religia, zdrowie, kultura) było dla mnie logiczne, przejrzyste, spójne i klarowne, postanowiłem działać, próbować i wcielać w życie jego sugestie. No i zaczął się marsz ku zmianom. Najwięcej rzeczowych argumentów przemawiających za wegetarianizmem zaczerpnąłem z książki “Kuchnia Kryszny”. Opisane tam aspekty zdrowotne, ekonomiczne, etyczne, religijne wegetarianizmu zrobiły na mnie duże wrażenie. Czytywałem także “Wegetariański Świat”, który regularnie ukazywał się już w tamtym okresie.

Początki nie były łatwe. Po pierwsze – nie potrafiłem gotować, po drugie – nie za bardzo umiałem wygospodarować sobie czas, by gotować, gdyż chodziłem do szkoły i jednocześnie pracowałem jako młodociany, po trzecie – nie miałem wsparcia ze strony rodziców, gdyż bardzo zależało im na tym, abym ponownie zaczął jeść z nimi wszystko, tak jak dawniej. W efekcie moim najpopularniejszym śniadaniem, obiadem i kolacją były zwykłe bułki i mleko. Można powiedzieć że prawie każdego dnia podczas pierwszego roku mego wegetarianizmu wypijałem po dwa litry mleka i zjadałem całe mnóstwo bułek, przegryzając od czasu do czasu jakimś owocem. Mówiąc krótko jakość moich posiłków nie była najwyższa. Nie przejmowałem się tym. Najważniejsze dla mnie było po prostu to, aby nie jeść mięsa. Czerpałem dużo satysfakcji z tego że jem inaczej, i że nie przyczyniam się już do cierpienia i śmierci zwierząt.

Po trzech pierwszych latach “partyzanckiego” wegetarianizmu nastąpiła w końcu duża zmiana. Wyjechałem z rodzinnego miasteczka na studia do Olsztyna. Moje życie znacznie zwolniło tępo. Nie musiałem już uczyć się i jednocześnie pracować. Teraz już tylko się uczyłem i miałem wystarczająco dużo czasu by zająć się sobą i wegetariańską kuchnią, tak jak od dawna chciałem. W Olszynie nawiązałem kontakt i zaprzyjaźniłem się z wieloma innymi wegetarianami. To był bez wątpienia wielki przełom. Bardzo miło wspominam sześć studenckich lat spędzonych w tym pięknym mieście.

Potem nastały dwa lata wegetariańskiej kuchni świątynnej – najpierw w Bombaju, a następnie w Warszawie. Zostałem mnichem i jak na mnicha przystało jadłem to, co wszyscy mnisi – proste skromne, pożywne posiłki rodem z Indii. Uwielbiałem tą kuchnię.

Kolejny przełom w moich nawykach żywieniowych nastąpił przed około dwoma laty. Idąc za sugestią mojej żony postanowiłem umówić się na wizytę do dr Krzysztofa Romanowskiego – znanego w wegetariańskich kręgach lekarza medycyny konwencjonalnej (chirurga), który “zaprzedał się” całkowicie taoistycznej medycynie chińskiej. Od kilku ładnych lat męczyłem się z łupieżem, a wracając z Indii w 2003 roku przywiozłem w swym ciele (jak przypuszczam) kilka odmian grzybów i pasożytów. Od czasu do czasu odczuwałem na własnej skórze aktywność tych stworzeń i w żaden sposób nie mogłem sobie z tym poradzić.

Udałem się zatem do doktora z nadzieją ze przypisze mi odpowiednią mieszankę ziół, która załatwi sprawę raz na zawsze. Ku memu zdumieniu doktor po dokładnym wysłuchaniu objawów moich dolegliwości nie przypisał mi żadnych ziół lecz powiedział jedynie: “Jeśli chce pan raz na zawsze pozbyć się łupieżu, grzybicy i pasożytów wystarczy że przestanie pan spożywać mleko, sery i wszelkie przetwory mleczne zawierające białko (krowie masło jest dozwolone gdyż nie zawiera białka) oraz cukier, miód, słodzone desery, soki, napoje itp. Po trzech miesiącach do całkowitego usunięcia z jadłospisu mleka i cukru pozbędzie się pan wszelkich pasożytów i grzybów gdyż nie będzie im pan dostarczał pokarmu”.

Słowa te zrobiły na mnie duże wrażenie. Zatem już od dwóch lat staram się jak mogę unikać cukru i mlecznego białka. Jednak nie udało mi się jeszcze ani razu wytrzymać pełnych trzech miesięcy bez spożywania tych substancji. Byłem i jestem łakomczuchem, który raz na jakiś czas ulega pokusie zjedzenia czegoś słodkiego (np. czekolada) bądź mlecznego (np. pizza z serem). Choć znacznie ograniczyłem spożycie nabiału i cukru, nie usunąłem ich na trwałe z jadłospisu. Zdaje się że nie miałem wystarczającej motywacji by to uczynić.

Czuję, że teraz nadszedł odpowiedni czas by to uczynić. Wiem już wystarczająco dużo by zostać weganinem, który nie dotyka niczego co zawiera cukier. W ciągu ostatniego roku dużo czytałem o zaletach wegańskiej i witariańskiej diety. Przed rokiem obserwowałem jak Steve Pavlina przechodził przez swój 30 dniowy witariański test (dokumentował to na swoim blogu) a parę miesięcy potem przeszedł z diety wegańskiej na witariańską. W lipcu tego roku osobiście spotkałem kolejnego witarianina – Bruca Jacobsa (Bir Krishna dasa Goswamiego), który dostarczył mi ogromnie dużo inspiracji i cennych żywieniowych wskazówek. Oto fragment jego wypowiedzi, który szczególnie głęboko zapadł mi w pamięci:

“Nie spożywam mleka, ani żadnych produktów mlecznych, bo nie chcę przykładać ręki do cierpienia przez jakie przechodzą krowy i ich potomstwo” – mówił Bruce, “Mleko jest i powinno być substancją powstającą z miłości. Tymczasem współczesne farmy mleczne nic wspólnego z miłością do krów nie mają. Cielęta zabijane są niedługo po narodzeniu (cielęcina jest bardzo ceniona przez smakoszy), dzięki czemu potomstwo które jest przyczyną naturalnej miłosnej laktacji nie wypija matczynego mleka, a automatyczne dojarki często oprócz mleka ściągają z wymion żywą krew. Gdy wydajność mlecznej krowy obniża się poniżej założonej normy, trafia ona pod nóż. Ja nie chcę wspierać tego procederu. Nie chcę by robiono to wszystko także dla mnie. To jest główny powód dla którego przestałem spożywać produkty mleczne”.

O innych powodach, dla których dobrze jest unikać przemysłowego mleka można poczytać np. tu, i tu.

Dzisiaj wiem że witarianizm (tylko surowe warzywa, owoce i ziarna) jest celem do którego zmierzam. O tym dlaczego taki cel sobie obrałem napiszę przy innej okazji. Czuję że jest jeszcze zbyt wcześnie bym oznajmił że jestem witarianinem choć witariańskie potrawy preferuję najbardziej. Z pewnością jestem już weganinem, który uwielbia surówki, i świeżo wyciśnięte soki. Od dwóch tygodni sokowirówka, shaker i robot kuchenny to główne narzędzia kuchenne jakich używam. Bardzo mi się to podoba, członkom mojej rodziny również. Zobaczymy co będzie dalej.

Oto kilka stron w języku angielskim, z których często czerpię wega-wita inspiracje:
www.rawfoods.com
www.rawguru.com
www.vegansociety.com

i kilka stron po polsku:
www.surawka.republika.pl
www.wegetarianski.pl
www.wegetarianie.pl
www.vege.pl